.
Niewielkie pomieszczenie, niemal całkowicie pozbawione meblowej ornamentyki. Wyłączywszy dość długi, pokryty sięgającym ziemi obrusem stół, umiejscowiony przodem do publiczności. Na stole leży ubrana w nocną koszulę kobieta, jej prawa dłoń zwisa bezwiednie, a z delty dłoni wypływała strużka krwi. Niespełna pół metra obok, siedzi trzydziestoletni mężczyzna, leniwie opierając ręce o poręcze wiekowego krzesła.

Mężczyzna (cicho):

Śpij dziecino, śpij…

Wtem niespodziewanie, z prawej strony sceny wychodzi, krzyczący od progu, korpulentny jegomość.

Gość (wylewnie) :

Witam szanownego kolegę, (po czym zauważywszy leżącą na stole kobietę, dodaje) Ooo luba zmęczona ?

Mężczyzna (przeciągle):

Taaa na śmierć.

Gość (rozbawionym głosem):

Żarty się ciebie trzymają… To budujące, iż ktoś potrafi zachować humor w tak parszywych czasach.

Mężczyzna (przygląda się Gościowi badawczo):

Parszywe ? Czy ja wiem ? Sam nie narzekam, ba odnalazłem szczęście w jednostkowym spełnieniu, którego podwaliną jest altruizm. Osobisty oczywiście (dotykający tylko mnie i moich najbliższych), ukształtowany na glebie swoistego samopobłażania w spełnianiu najśmielszych pragnień.

Gość (z wyrzutem, podchodząc bliżej):

Ech, jesteś niepoprawnym egoistą, a co z ogólnoludzkim…(przerywa, podchodzi bliżej, zauważa sączącą się krew, odskakuje jak oparzony) Onnaaa jest ranna krwawi ! Zrób coś ! Nie siedź ! Trzeba wezwać pomoc ! (skacze jak opętany)

Mężczyzna (ziewając):

Nie kłopocz się, ona umiera, a właściwie już umarła… Chyba (dodał po chwili zastanowienia).

Gość (przerażony):

Jak możesz zachować spokój w takiej chwili ?! Przecież to twoja kobieta, ratuj ją na Boga !

Mężczyzna (znudzony nie na żarty):

Wybacz, że odpowiem pytaniem na pytanie, ale dlaczegóż tak ciebie poruszyła owa sytuacja ? Znałeś ją ? Była dla ciebie kimś bliskim ? Czy też, odczułeś czysto mechaniczną potrzebę wzruszeń w dokładnie tak nakreślonej sytuacji ?

Gość (oburzony):

Posłuchaj własnych słów, jak można być tak nieczułym na czyjąś śmierć. W końcu to jest twoja żona !

Mężczyzna (żachnąwszy się niezauważalnie):

Ależ jestem czuły, w końcu sam ja zabiłem. Ludzie twojego pokroju, potrafią upraszczać nawet najbardziej uświęcone wydarzenia, zapewne jest to spowodowane bezmyślną wiarą w dogmaty.

Gość (przerażony):

Pleciesz bzdury, mieniąc się piewcą absolutnych prawd, a na dobrą sprawą jesteś przeintelektualizowanym mordercą…

Mężczyzna:

Który mimo wszystko, pozostanie tylko i wyłącznie bezsensownym, szalonym złoczyńcą ? (dokończył). Nonsens. Gdybyś potrafił wyjrzeć za horyzont własnego formalizmu, zrozumiałbyś słuszność mojego działania.

Gość (sentencjonalnie) :

Jakkolwiek byś tego nie argumentował - zbrodnia zawsze pozostanie zbrodnią.

Mężczyzna:

Istotnie, o ile przyjąłbym twoje moralne aksjomaty. Chciałem opuścić żonę, gdyż czuję się predestynowany do samotności. Jednakowoż zdawałem sobie sprawę, iż wyrządzę jej niebywałą przykrość, odchodząc bez słowa. Obecnie jest szczęśliwa, a ostatnią rzeczą jaką widziała, było moje kochające oblicze. W twoich doktrynach nie ma miejsca na takie rozwiązanie, tym samym skazałbyś ją na cierpienie. W końcu czymże jest cielesne cierpienie w obliczu nienasyconej metafizycznej tęsknoty ?

Gość:

Ależ to czyste szaleństwo, nie można zabijać, tylko i wyłącznie dla własnego duchowego spokoju. Nie jesteś w tym wypadku decydentem, lecz tylko marnym pyłem na boskiej szachownicy !

Mężczyzna:

Być może, jednocześnie aby być pyłem na jakimkolwiek polu gry, należy uprzednio założyć istnienie takowej rozgrywki. Ja nie mam takiej potrzeby, jestem decydentem w świecie własnych impresji, nie nosze w sobie pretensji do spełniania ogólnoludzkiego nakazu, który nota bene uważam za bzdurę.

Gość:

Bluźnisz, opluwając jedną z najczcigodniejszych prawd, wiarę w teleologię ludzkiego istnienia ! Odrzucasz ogólnie przyjęte zasady !

Mężczyzna:

Ludzka etyka może ulec zawieszeniu, jak pisał mizantrop Kierkegaard, on upatrywał to w boskim nakazie, ja z kolei słucham podszeptów mego serca. Kierując się w życiu solipsystyczną intuicją zawieszoną we wspomnianej altruistycznej próżni. Innymi słowy, dla mnie wartość mają impresje dotyczące tylko i wyłącznie mojej osoby, oraz najbliższego MOJEGO otoczenia. Dawno temu zarzuciłem myśl, o moralnym zbawianiu ludzkości.

Gość:

Tutaj nie chodzi o zbawianie ludzkości, ale o zasady, prawo, ogólno przyjęte normy etyczne !

Mężczyzna:

Powtarzasz się niczym zdezelowany karabin, nie zauważając, że w gruncie rzeczy bronisz praw, których kompletnie nie pojmujesz, a przyjąłeś je ze względu na tradycję.

Gość:

Czyż to nie jest w naszym życiu najistotniejsze ?! Owe poszanowanie dla ukształtowanej przez lata tradycji. Promienna egzystencja w okowach olśniewającego blasku boskich praw.

Mężczyzna:

Tradycja, jest dobra dla umysłowych impotentów, tuszujących brak wyobraźni wyświechtanymi formułkami. Na dobrą sprawę, to nobliwa staruszka dławiąca się wiekowym kurzem, nie potrafiąca sama załatwiać swoich podstawowych potrzeb, a co dopiero rozwiązywać dylematy innych.

Gość:

Nieprawda ! To prawo płynące z boskich ust. Nie sądzisz chyba, że Bóg chciałby naszej zguby, ofiarowując nam bezużyteczne sentencje. Moim, zdaniem twój moralny mizantropizm nie jest wynikiem dogłębnej wewnętrznej przemiany, lecz błędem nastawionego na przyjemność umysłu.

Mężczyzna (milcząc chwilę):

Różni nas to, że ty oddajesz się bez reszty bronieniu nie swojej sprawy, a ja sam kształtuje moralną rzeczywistość w obrębie swojego jednostkowego bytu.

Gość:
Życie w społeczeństwie pociąga za sobą określone archetypy moralne. Egzystując w nim, zgadzasz się na ich wcielanie, nie da się tego zmediatyzować.

Mężczyzna (z lekkim rozbawieniem):

A gdzie jest napisane, że społeczna egzystencja, wymaga całkowitego oddania się „sprawie” ? Istnieją przeróżne gradacje, od społecznej nieinwazyjności do całkowitej jawnej anarchii, ja reprezentuję pierwszy nurt, z zachowaniem duchowej integralności.

Gość:

Myślę, że zachowanie integralności jest w takim przypadku niemożliwe…

Mężczyzna:

A dlaczego jest niemożliwe ? Wszak społeczna egzystencja ogranicza się do odgrywania pewnej roli, zaprzęgniętej w zamaskowanie i spryt. Prawdziwa wartość, kiełkuje w sercu.

Gość (ponuro):

Z tego co słyszę i widzę (wskazuje dłonią stół) w twoim sercu wyrósł niezły chwast.

Mężczyzna (z niesmakiem):

No tak, wszystko co nieznane musi być sklasyfikowane negatywnie, a tajemnicza roślina rosnąca między kwiatami, niezmienne musi być chwastem, bez refleksji –czy nie jest aby nowym gatunkiem, czegoś nienazwanego.

Gość (z wyższością):

Być może „kwiat” twej refleksji stanowiłby podstawę eksploracyjnych badań, ale niestety swoimi czynami dajesz do zrozumienia, iż zagrażasz innym roślinom (jeśli pozwolisz na korzystanie z twojej agro - turystycznej metafory). Tym samym spełniasz jednak funkcję chwastu.

Mężczyzna :

Twój strach przewyższa zdrowy rozsądek. Roztrząsasz kwestie społecznych zagrożeń, i uogólniasz zamiast odwołać się do swojej indywidualnej intuicji. Bez obaw, nie należysz na tyle do mojego świata, abym miał wpływać na twój los.

Gość (zjadliwie) :

A twoja żona egzystowała w nim wystarczająco długo ?

Mężczyzna (załamując ręce):

Jak zwykle nic nie zrozumiałeś…

Z lewej strony wychodzi pijany Inkwizytor (kozia bródka, ostre rysy twarzy, czarny długi płaszcz)

Inkwizytor (wylicza) :

Raaaz, dwaaaa, trzyyyy na stooosie spłoooniesz tyyyyyy.. hep (wskazuje na Gościa).

Gość (przerażony):

Jaaaa ? To musi być jakaś okropna pomyłka !

Inkwizytor (bełkocze) :

Śmiesz śmieciu zarzucać mi kłamstwo ?! Jam jest wysłannik najwyższego…hep… nieomylny w swych sądach, ostrze boskiej sprawiedliwości etc. (chwieje się)

Gość:

Przecież, to on jest mordercą oraz paskudnym bluźniercą (wskazuje na Mężczyznę). Osobiście nie mam z tą sprawą absolutnie nic wspólnego !

Inkwizytor :

Proszę mi tu nie absolutyzować. Ja wszystko wiem, a pan wyjawi mi całą heretycką prawdę na wstępnym…hep…przesłuchaniu. Sama prezentacja narzędzi pomoże panu odświeżyć pamięć…hep….

Gość:

Ja protestuje ! Niech pan choć raz na niego spojrzy (desperacko, po raz drugi wskazuje na Mężczyznę).

Inkwizytor (przygląda się w milczeniu Mężczyźnie, po czym wzrusza ramionami):

Panie (zwraca się do Gościa), nie zawracaj mi pan głowy. Wypadło na pana i tyle, nie mam zamiaru…hep…bawić się w czcze dochodzenia !

Gość :

A jeśli jestem niewinny ?


Inkwizytor (drapie się chwilę po głowie) :

Jeśli okaże się pan niewinny ? Z przyjemnością i oddaniem przyjmę krzyż mych niesprawiedliwych ferowań !! (na stronie) Ale przecież to niemożliwe, każdy z nas jest winny, mniej lub bardziej, no i trzeba kogoś ukarać.

Podchodzi do Gościa, łapie go pod pachę i stara się wywlec poza obręb sceny.

Gość (stara się wyrwać – bezskutecznie):

Nieeeee, proszę mnie zostawić, ja stanowczo protestuje !!!

Inkwizytor (z demonicznym uśmiechem):

Im dłużej pan będzie protestować, tym dłużej będzie trwało wstępne i zapewne wieńczące me starania przesłuchanie. Proszę się uspokoić i przyjąć karę z godnością…hep…

Gość:

Ale ja nie chcę… !!!

Inkwizytor (rozszerzając uśmiech):

A myśli pan, iż mnie to sprawia przyjemność ? (wywleka krzyczącego gościa ze sceny).

Mężczyzna (do siebie):

Życiem rządzi przypadek…

Pojawia się Policjant, wychodzący żwawym krokiem z lewej strony sceny.

Policjant (twardo):

Zgłoszono przestępstwo, a konkretniej mówiąc – morderstwo. Wie pan coś o tym ?

Mężczyzna (poważnie):

Ależ skąd. Chętnie bym pomógł władzy, jednakowoż naprawdę nic nie wiem.

Policjant (podchodzi do stołu, przez chwilę ogląda zwłoki):

Co to ma być ? (wskazuje zwłoki)

Mężczyzna:

Stół.

Policjant (podejrzliwie) :

Przecież sam widzę, że stół ! Pytam się co leży na stole !

Mężczyzna (patrząc głupio na Policjanta):

Talerz ?

Policjant (myśli chwilę) :

W takim razie ma pan szczęście. Mam nadzieje, iż nie musze mówić jaka jest kara za morderstwo ?

Mężczyzna:

Oczywiście, że nie. Staram się nie dekonstruować ogólnie przyjętych praw.

Policjant :

To bardzo roztropne z pana strony. Prawo to rzecz najwyższa ! I etyka, mam nadzieję, iż wie pan co to jest etyka ?!

Mężczyzna :

Nie potrafię do końca objąć owego terminu mym skromnym umysłem. Jednocześnie myślę, iż etyka jest tożsama z władzą, szczególnie policyjną.

Policjant (z emfazą) :

Święta racja, dobry z pana człowiek. Do widzenia (wychodzi)

Mężczyzna (cicho) :

Pewnie, że dobry, w końcu pomimo wszystkich zakazów i nakazów, z wielką frywolnością rzucamy życie w błoto. Ja przynajmniej czynię to mniej lub bardziej świadomie.

Kobieta (podnosi się ze stołu) :

Ale… czy musiałeś kłamać i pleść farmazony ?

Mężczyzna (odwracając się w jej stronę):

Czyż w każdym prawie nie ma pewnej dozy kłamstwa, pozwalającego wierzyć w nieomylność archetypowych zasad ?

cisza

(dodaje po chwili)

Zaśnij…nie pozostaje nam nic innego jak rozpłynąć się w nastroju.


asphodel 2005-05-17 18:15:06
skomentuj (1)
Naiwne pejzaże
Światło płynie po twarzy zoranej pożądaniem

Wbrew pozorom nie będzie to tekst pornograficzny

Właściwie, zdrapuję substytutem złamanego paznokcia
Rysę zdobiącą fałdy wyimaginowanych zwierciadeł (jedna przez wszystkie)
Bez treści
Bez źródła ( jedno jądro dualistycznego wszechświata)
Bez przyszłości

Kto by pomyślał, że owe bezsensowne „stuki – puki”
Mogą w tak przedziwny sposób skondensować wrażenia istotne,
Które zdemonizowane poprzez rzędy naiwnych wynaturzeń
Rozrosły się do granic poznawczej impotencji (mającej pretensje do bycia „systemem egzystencji)

Jedna rysa, jedno jądro, jednia, jedno drobno stka
W prajedni tworzy się pro – świadomość, będąca matką dekadenckiej post – świadomości

Zdegenerowane dzieci wypisują banialuki
Wyobrażeniem paznokcia na szkle.

asphodel 2005-03-21 23:02:23
skomentuj (1)
lot
Przemykam niezauważalnie na błoniastych
Skrzydłach lepkiej, półprzezroczystej iluzji
Tnącej powietrze powłóczystym trzepotem
Zgrabnie zaaranżowanych powinnościowych
dygresji.

Lot, stanowi przednia rozrywkę – niesplamioną
Przyjemnościowym przyczynkiem, wydumanej
Enklawy rozkoszy, rezydującej w nieurodzajnych
Obszarach przepełnionej wiatrem czaszki.

Mijam drewniane słupy, konformistycznie wbite
W twardą ziemię, sztywno-łbe pomniki słownej tradycji
Przesycone misją elektrycznej komunikacji.
Potok bzdur, przekleństw oraz wymyślnych neologizmów.

Niestety, lot nie trwa wiecznie- pomimo intencjonalnej mocy
I zamiast nieustannie lawirować, pomiędzy zgrają pseudo-komunikatorów
Beztrosko wpadam, na jeden z owych lingwistycznych geniuszy,
Po czym, masując czoło stwierdzam: O kurwa, boli

asphodel 2005-01-03 01:07:33
skomentuj (1)
Psychopatyczna dialektyka
Wypluwasz słowa z gracją krzywonogiego kata.
Wyszczerbione ostrze płasko-powierzchniowej ironii
Ledwie łuszczy zgrubiały naskórek.

Nieśmiało proponuję wykoleić kolegę z zardzewiałych
Torów skostniałej percepcji i przesunąć w nieinwazyjne
Rejony, przedniego soczysto-mięsnego zaplecza (masarskiego)

Ontologizacje oraz meta fizykalne (bynajmniej nie metafizyczne)
Przemyślenia –sumiennie spisuje na pudełku od zapałek
Rzecz jasna, na przesyconej robotniczą ornamentyką stronie
Tejże przedziwnej, ciemnobokiej figury.

Pragnę zakomunikować, iż normalność jest pojęciem relatywnym
I bynajmniej nie jest wypadkową niegdysiejszych traum
Które zgrabnie sformalizował austriacki erotoman amator.

Doskonale zdaję sobie sprawę z doniosłości świetlnych rozproszeń.

Gdy piję kawę, czytam gazetę, ceruję skarpetkę (opcjonalnie)
Staram się scalić owe ostro-bokie elementy, jednakowoż ilekroć
Świadomość dostrzega miraż monumentalnej całości, tylekroć
Rzeczywistość rozczłonkowuje ją w czterościennym obszarze
Miejskiego obłędu i psychologicznej nudy.

asphodel 2004-12-03 23:19:58
skomentuj (1)
Podróż
Rozpasany, pijany światłem, kwadratowąsy stwór
O przedziwnej konstrukcji przednioszczypcej
Rozwarł szklaną granicę, brocząc chłodem.

W głębi, na prawo, zgryźliwość w okowach
Starczej bezwolności i zniewieściałego bezruchu

Podać, prosto w szczypce, kawałek niezbędnika
Umożliwiającego podróż, pociągiem, daleko,
Za horyzont marzeń niespełnionego erotyzmu.

Kwadratowąsy obrócił się na pięcie,
Uprzednio zaznaczywszy swą obecność
Numerycznym rzędem tępego dowcipu
Nie śmiałem nie rozedrzeć paszczy
(ziewnąłem przepraszająco- imitując uśmiech)

Mkniemy dalej, mieszając skrycie
Zjadliwe spojrzenia niespokojnych oczu,
Umęczonych rzędem nagich, badylasto-rozlazłych drzew
Nie wymieniam poglądów w podróży.

asphodel 2004-11-11 11:16:19
skomentuj (0)
Wieczory
Nie potrafię określić uczucia
Towarzyszącego
Ostatnim podrygom obłąkanego pożądania

Czy znasz remedium na cielesną pustkę ?
Gubię się w odmętach twojego oddechu

Skrycie, lubię, pieścić, siebie ?
Odkrywać na nowo, złuszczony naskórek
Zdzierać szaty, konwencji ostatnie tchnienie

Wchłonięty, przez wir, potem zbrukany
Nie zawsze wierzę w seksualne męczeństwo
Czasem bratam się z wiatrem, gnając przed siebie
Rosząc skórę likworem zapomnienia

Nie cierpię, cierpieć, cierpliwie

Odwracasz się, uśmiechasz skrycie
Pozwalasz, aby me dłonie, dlaczego ?
Wyobraźnia eksplodowała masturbacyjną kaskadą
Zamykasz oczy, opuszczasz głowę

Codziennie upijam się nadzieją.

asphodel 2004-10-26 23:22:28
skomentuj (2)
.
Krzyk przebudził obmierzłe dłonie

Śmiech bezwiednie wpadł w ramiona, łez wylanych,
Na pościel zbrukaną obłym światłem poranka

Płyną drewniane prześcieradła, brocząc obficie
Deszczem rozpaczliwie ostrych drzazg
Nieustannie ścierając się z żywiołem
Wbitego w świetlny witraż snu

Niedaleko, w wieczności skrzypiących form
Dyskurs rozrywa brązowawa szafo – morda
Kłapiąca groźnie bezzębną paszczą, ścieloną
Rzędem gładko – piórych języków.

Koniec ckliwych lamentów
Kurz osiadł na najwyższej z szaf.

asphodel 2004-10-02 16:02:50
skomentuj (2)
[haven]


Księga gości




2005
maj
marzec
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień







designed by Metztli

blog.pl